BELLA ARGAZAM PHOTOGRAPHY
W przewodnikach po Tajwanie przeczytasz o nocnych targach, herbacie i świątyniach pachnących sandałowcem.
Rzadziej trafisz na historię człowieka siedzącego przy drewnianym stole, który przez kilka godzin układa pojedyncze włosy tak długo, aż powstanie pędzel.
A przecież Tajwan przez dziesięciolecia był jednym z najważniejszych miejsc produkcji tradycyjnych pędzli w Azji.
Pierwszy raz zrozumiałam znaczenie pędzla nie podczas oglądania kaligrafii, lecz obserwując góry.
W chińskim malarstwie pejzaż nie powstaje z linii.
Jedno przyłożenie włosia może być mgłą, drugie urwiskiem, trzecie cieniem sosny.
Pędzel nie jest narzędziem do nakładania farby. Jest przedłużeniem ruchu.
Na Tajwanie wciąż żyją ludzie, którzy pamiętają czasy, gdy kaligrafia była obowiązkowym przedmiotem szkolnym.
W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zużywano tam miliony pędzli rocznie.
Warsztaty pracowały bez przerwy, a rzemieślnicy wykonywali tysiące sztuk miesięcznie.
Dziś pozostała jedynie garstka mistrzów.
Niektórzy twierdzą, że aktywnych twórców tradycyjnych pędzli można policzyć na palcach obu rąk.
Jednym z nich jest Chen Ching-tsung z Tainanu.
Zaczął naukę jako szesnastolatek i po pięćdziesięciu latach nadal ręcznie wykonuje każdy pędzel.
Nie używa maszyn. Mówi, że maszyna potrafi stworzyć przedmiot, ale nie potrafi wyczuć charakteru włosia. (moc.gov.tw). To właśnie charakter włosia decyduje o wszystkim.
Najbardziej cenione pędzle powstają z włosia sobola kolinsky. Są sprężyste, wracają do idealnego szpica i potrafią zatrzymać dużą ilość wody. Dlatego artyści akwareli na całym świecie wciąż traktują je jak złoty standard.
Tajwańskie manufaktury, takie jak GRANDARTS nadal ręcznie selekcjonują włosie i produkują pędzle z sobola, wiewiórki, kozy czy włókien syntetycznych.
Ale najciekawsze nie są materiały.
Najciekawsze jest to, że dobry pędzel powstaje bardziej z odrzucania niż z tworzenia.
Mistrzowie opowiadają, że większość czasu zajmuje wybieranie niewłaściwych włosów. Za krótkich. Za sztywnych. Za miękkich. Zbyt krętych. Zbyt prostych. W efekcie w gotowym pędzlu znajdują się tysiące włókien, które zachowują się jak jeden organizm. To trochę jak fotografia uliczna. Setki przypadkowych osób mijają cię każdego dnia, ale tylko jedna chwila staje się obrazem.
Tajwan ma również własną, mało znaną tradycję wykonywania pędzli z pierwszych włosów dziecka, zwanych „tai mao bi”.
Rodzice przechowują je jako rodzinne talizmany i symbole nowego życia.
Dla wielu warsztatów właśnie ta tradycja pozwoliła przetrwać okres, gdy komputery i smartfony niemal zniszczyły rynek kaligrafii.
Kiedy dziś odwiedza się warsztaty na Tajwanie, można odnieść wrażenie, że obserwuje się ostatnich strażników pewnego rytmu.
Nie tylko rzemiosła. Pędzel bowiem wymaga cierpliwości, która zniknęła ze współczesnego świata.
Nie da się nim pisać szybko.
Nie da się nim tworzyć w pośpiechu.
Nie da się nim oszukać własnej ręki.
Może dlatego tak bardzo przypomina fotografię analogową.
W obu przypadkach najważniejsze nie jest narzędzie.
Najważniejsza jest uważność.
Jako fotografkę najbardziej fascynuje mnie jednak coś innego.
Patrząc na tradycyjne chińskie pejzaże wykonane tajwańskimi pędzlami, mam wrażenie, że ich autorzy nie malowali gór.
Malowali odległość między człowiekiem a górą.
Mgłę między jednym oddechem a drugim.
Ciszę między dwoma ruchami dłoni.
I być może właśnie dlatego pędzel pozostaje żywy mimo komputerów, tabletów i sztucznej inteligencji.
Bo są rzeczy, których nie da się kliknąć.
Trzeba je poczuć we włosiu.
Najlepiej tajwańskiego pędzla.
Bella Argazam, Maj 2026